Niedziela nad Wisłą
czyli jak nie należy jeździć w terenie...


W słoneczną niedzielę postanowiliśmy wybrać się w skromnym teamie trzech samochodów na krótki wypad terenowy. Na cel naszej jazdy wybraliśmy piaszczyste okolice pod Górą Kalwarią. Teren przyjemny, niezbyt wysokie górki.

                             

Tego jednak nam było mało, postanowiliśmy więc wybadać teren nad Wisłą. W okolicach Coniewa przekroczyliśmy wał i zaczęliśmy upalać na nadwiślańskich plażach.

                             

                             

Tego jednak nam było mało, postanowiliśmy więc jechać w dół Wisły wzdłuż wału przeciwpowodziowego. W pewnym momencie naszym oczom ukazała się znów ładna plaża, tyle, że oddzielona od naszej drogi odnogą Wisły. Aby na te plażę dojechać można było skorzystać z dwóch dróg - łatwiejszej, wzdłuż betonowej ostrogi (tę wybrał Karol - i dojechał) lub przez odnogę - tę wybrał Grzesiek przy mojej zachęcie - i też dojechaliśmy, aczkolwiek po pewnym czasie i nie zupełnie o własnych siłach.

                             

Desperacka próba wyciągnięcia UAZa Suzuką .... no cóż, spuśćmy na to zasłonę milczenia... W ruch poszły telefony, ale wszyscy byli na zlocie w Krośnie... Na szczęście Grzesiek miał laptopa, weszliśmy na listę samopomocy i w ten sposób dostaliśmy nową dawkę numerów telefonicznych. Zlitował się nad nami Marek, właściciel Unimoga z wyciągarką mechaniczną... Myli się jednak ten, kto twierdzi, że gdy przyjechał Unimog problem został rozwiązany. Liny strzelały, Unimog buksował i rył, a UAZ stał. W końcu jednak drgnął i powoli zaczął zmierzać w stronę brzegu.

                             

Podczas gdy Grzesiek zajął się usuwaniem melasy z silnika (po odkręceniu korka spustowego 12 litrów wody, a potem dopiero olej ;-))) Marek postanowił spróbować przejechać, ale hmmm..., jak by to powiedzieć ... daleko nie ujechał...

                             

Unimog ma jednak tę wyższość nad UAZem, że w końcu wyjechał o własnych siłach...

Jak to wszystko skomentował Grzesiek:

Zanim się wjedzie w wodę to trzeba w nią wejść.

Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Marka - bez niego stalibyśmy tam do dziś...
Powrót