Mazurskie Wertepy VI

Jechaliśmy w grupie wyczynowej w teamie Adam, Marcin & Adam - UAZ, Artur, Basia i Pati - Jeep CJ, Jarek i Adam - UAZ, Tomek i Artur - Suzuki Samurai. Tomek to nasz znajomy z Pierwszych Kroków w Terenie - tam przyjechał Freelanderem, teraz kupił Suzukę i zdążył ją przygotować - snorkel, wyciągarka, etc... Wystartował w klasie turystycznej, ale w praktyce całą trasę pokonywał z nami (wyczynowa) - nie korzystał z żadnego objazdu. Artur też zaczynał na PKwT - wtedy Nissanem Pick-Up. Potem była Białowieża, Beskid Niski, znów PKwT...
Startujemy z punktu numer dwa - i od razu trafiamy na Megafon. Jako wyczynowcy jesteśmy tu pierwsi - trasa jest dziewicza, gdzieś dalej walczą pierwsi ekstremaliści. Rezygnujemy z pierwszego stromego zjazdu, jedziemy na drugą pieczątkę. Pierwsze błoto pokonujemy sprawnie, kawałek rzeką, podbijamy drugi stempelek, problemy zaczynaja sie przy trzeciej pieczątce. Na środku strumyka jest spory kamień - nawet Suzuka sie nie przeciśnie... Próbujemy ruszyć kamień reką, bez większych efektów, zapieramy wiec hi-lifta o brzeg. Na to przychodzi sędzia i oznajmia, że kamieni nie można przesuwać. Oczy nam sie robią jak spodki i prosimy, żeby powtórzył. On mówi, że nie można i już. Po naszych naleganiach dzwoni do organizatora i stwierdza, że jednak można. Odsuwamy kamień i jedziemy po pieczątkę. Tymczasem drugi UAZ z teamu urywa tłumik i jedzie się spawać do Braniewa. Po chwili dojeżdżamy na kolejna próbę, jesteśmy trzeci w kolejce, a na dole walczy biały Gazik. Stoi wbity po progi w błoto na samym wjeździe - zapowiadają się długie godziny czekania. Pytamy sędziego, czy na próbę można wrócić - odpowiada, że nie. Czekamy. Godzinę, może dwie... Powoli robi się ciemno... Gazik stoi jak stał, dalej walczą vitary, ale też niespecjalnie zmienia się ich położenie... W końcu wspólnymi siłami udaje się wyciągnąć Gazika, sędzia zgadza się, żeby przejechać pod taśma i jechać na trzecią pieczątkę. Tak też robimy. UAZ przechodzi, CJ grzęźnie w rzece, w ruch idzie wyciągarka Suzuki. W sumie zapominamy o tym, że jest to próba obserwowana, bez współpracy kilku załóg ta zabawa jest bez sensu. CJ uwolniony, tymczasem UAZ drze dalej przez rzekę. Podbijamy pieczątkę, jednak na wyjeździe spod podwozia UAZa dobiega chrobot, tracimy najpierw reduktor, potem skrzynię biegów. Tymczasem przez radio dociera informacja, że w Suzuce skończyło się sprzęgło. Okazało się, że pękła linka. Chłopaki ciągną się na wyciągarce, która po kilku minutach też odmawia posłuszeństwa. Z trzech samochodów mamy więc dwa unieruchomione. Po chwili okazuje sie, że CJ nie może zapalić, jest to jednak problem krótkotrwały i usuwalny kilkoma ciosami trzonka siekiery w rozrusznik... W tym czasie z Braniewa docieraja chłopaki drugim UAZem, podjeżdżają od tyłu próby i wyciągają Adama. CJ ciągnie Suzukę przez rzeke, z pewnymi kłopotami wyjeżdża na brzeg, potem Andrzej Derengowski pomaga nam wyciągnąć Suzukę. Jest środek nocy, wracamy do bazy - CJ holuje UAZa, drugi UAZ Suzukę... I na tym właściwie moja relacja mogłaby się skończyć - nasz UAZ ma zmielone łożyska w skrzyni i reduktorze, zaklinowana kulka wybiła dziurę w obudowie skrzyni biegów, nie ma szans na szybką naprawę...
Nasz udział w imprezie nie kończy się jednak po pokonaniu 11 kratek roadbooka. W naszym teamie są ludzie, którzy nie pozwola nam zostać w bazie. Ja wsiadam do CJ na siedzenie pilota, Adam dosiada się do UAZa i jedziemy dalej!
Rano warsztat w Braniewie wymienia linkę w Suzuce, naprawiają też wyciągarkę. Tym razem na początek dnia mamy dłuższy przelot bez pieczątek, zatrzymuje nas dopiero objazd zarwanego mostka. CJ wkleja się na dojeździe, podczas gdy my przymierzamy sie do wyjęcia go dojeżdża zielona Gelenda i czerwona Toyota. Artur z Mercedesa rzuca hasło pracy zespołowej i za chwilę w ruch idą wszystkie posiadane przez nas łopaty. Wyrównujemy wyjazd i wszystkie auta przechodzą bez większych problemów (jeśli nie liczyc tego, że Tomek na dojeździe prawie położył Suzukę na boku). Następnym odcinkiem, który nas wstrzymuje jest błotnista "droga w budowie". Pierwsza jedzie Gelenda, ale wtapia dość szybko. Wycofuje i podejmuje decyzję o drugiej próbie. Zapina wszytsko, co ma do zapięcia i przejeżdża! Potem jedzie CJ, utyka, ale z pomocą Gelendy przejeżdża. To samo z Suzuką. W międzyczasie okazuje się, że równolegle przez las, w odległości kilku metrów idzie dobra droga. Nie ma jej na roadbooku... Toyota i UAZ wybieraja ten przejazd.
Dalsze kratki pokonujemy w dobrym tempie, po drodze zgodnie olewamy próbę obserwowaną. Wspólnie możemy walczyć, indywidualnie nie mamy ochoty. Nie jedziemy po pieczątki, a po dobrą zabawę w miłym gronie.
Przejazd przez zarwany mostek, w ruch idą trapy, przejeżdżamy. Następnie znów przejazd przez rzeczkę. Kładziemy trapy, podkopujemy grzbiet - wszyscy przeszli. Trapy zostały w dnie, na dobrą sprawe nie bardzo nawet wiadomo gdzie ich szukać... Macamy łopatą, w końcu lokalizujemy żelastwo i wyciągamy z rzeki wyciągarką. W pewnym momencie zaczynamy błądzić. Coś nam się nie zgadza - na roadbooku brakuje jednej drogi. Jest to jedyny błąd jaki znaleźliśmy. Zaliczamy pierwsze azymuty, roadbook zbliża sie do ostatniej kratki. Zjeżdżamy do bazy na kiełbaskę.
Dawno minęłą już północ, gdy podejmujemy decyzję, że ruszamy na trasę aby zmierzyć się z kolejnymi azymutami. Gładko docieramy na łąki z nasypem kolejowym, znajdujemy punkt wyjściowy i postanawiamy się rozdzielić. Dwa auta z GPSem jadą na poszukiwania pierwszego punktu - najpierw szukamy dróg, potem lecimy na przełaj. Przejazdem pokonujemy rów i jesteśmy przy pieczątce. Wzdłuż torów docieramy do drugiego punktu, w tym czasie reszta ekipy zmierza w kierunku naszych świateł. Mijają długie minuty, łączność się rwie, po pewnych przygodach spotykamy się i postanawiamy wracać na kwaterę, bo już świta. Żegnamy załogę Gelendy i jedziemy do bazy zdać karty drogowe. Na kwaterę docieramy około 6 nad ranem. Game is over...

Ja udział w Mazurskich Wertepach traktowałem bardziej w kategoriach towarzyskich niż sportowych. W momencie, kiedy brutalna rzeczywistość w postaci zawodnej radzieckiej techniki pozbawiła nas środka transportu aspekt sportowy przepadł w niebycie... Nie było czym walczyć. Natomiast aspekt towarzyski zatriumfował - życzliwi ludzie wzięli nas do swoich samochodów - i za to im dziękuję!
Sensem walki w terenie i sportowego podejścia są dla mnie słowa Artura z Gelendy, które wypowiedział przed błotnistą "drogą w budowie" - "Jak to objedziemy bokiem, to możemy zjeżdżać do bazy, bo dla mnie rajd się skończy. To byłoby nieuczciwe." Piękny też był moment, kiedy dowiedziawszy się, że próba, którą napotkaliśmy jest obserwowana zgodnie wszyscy odwróciliśmy się na pięcie. Jedziemy razem, walczymy razem, pomagamy sobie. To bez sensu, że jedna załoga z teamu walczy a inne patrzą i nawet nie mogą łopaty pożyczyć. Nie po to tu przyjechaliśmy.
Mam nadzieję, że z ludźmi, których spotałem na Mazurskich spotkam się jeszcze w terenie. Bez wpisowego, bez regulaminów, bez sędziów nie mających pojęcia o off-roadzie, bez oszustw, bez dyskwalifikacji... Do zobaczenia!

Powrót