PROLOG
Dla Marcina wyprawa zaczyna się już w czwartek. Z Agatą jedzie do Lipowa, po drodze zabierając mnie z Olsztyna. Na razie podróż odbywa się osobową Hondą - na szczęście combi - bo rzeczy trochę jest...
W nocy do Lipowa dojeżdża Mariusz (Placek) Suzuką. Samochód ma świeżo wstawiony silnik 1,6 - na razie wszystko jest OK, chodzi jak burza. Marcin natomiast odbiera z warsztatu UAZa - po uszczelnieniu silnik przestaje wreszcie konsumować litr oleju na 100 km. Szykujemy samochody - sprzątamy, myjemy. Agata ujeżdża na łące swoją Suzukę - jeszcze nie jeździła na nowym silniku. Samochód idzie bardzo ładnie, ale coraz częściej zapala się kontrolka ciśnienia oleju. Po chwili pali się już ciągle...
W międzyczasie w UAZie odmawia posłuszeństwa rozrusznik - i tak oto na kilkanaście godzin przed wyprawą mamy dwa niesprawne samochody na podwórku...
Zaczyna się ściemniać. Dojeżdża do nas załoga Marka Gazikiem. Klaudia z Krzyśkiem rozstawiają namiot, Placek podejmuje desperacką próbę przywrócenia ciśnienia oleju w Suzuce. Niestety, po zdemontowaniu pompy oleju ukazuje nam się niezbyt wesoły widok - wnętrze pompy jest zmasakrowane przez stalowe opiłki, zassane z miski olejowej. W smutnych nastrojach idziemy spać...

Niedziela, 28 lipca, Lipowo
Na szczęście zbiórka jest wyznaczona na 12, więc rano jest czas aby zmienić rozrusznik. UAZ zapala i to jest pierwszy promyk słońca tego dnia. Suzuka na sznurku, z połową silnika w bagażniku, odjeżdża do zaprzyjaźnionego warsztatu - może jest jeszcze cień nadziei, że w poniedziałek da się ją naprawić?
Jedziemy na zbiórkę - na stacyjce w Kosewie są już wszystkie załogi, które potwierdziły przyjazd. Oto skład każdej z nich:
1) Marek, Klaudia i Krzysiek - Gaz 69,
2) Jacek, Lucyna z dziećmi w Land Rover Discovery,
3) Karol i Agnieszka - Suzuki Samuraj,
4) Piotrek w Mitsubishi L-200
5) Adrian i Darek - Jeep Cherokee
oraz
6) Marcin i Pati w Uazie.
Agata i Placek oraz pies Tukan wsiadają na razie do Cheerokiego i do L-200 - jak się okaże już na stałe...
Ruszamy... Pogodę mamy piękną, jednak upalne dni nie sprzyjają podróży, jedziemy w kolumnie otoczeni tumanami kurzu. Po drodze oglądamy zrujnowany folwark w Słabowie. Jadąc bocznymi drogami, a czasem po bezdrożach, kierujemy się na Martiany. Tu zwiedzamy bunkier z 1939 roku. Ciekawostką jest, ze zachowały się w nim oryginalne napisy w języku niemieckim oraz część wyposażenia - m. in. system komunikacji werbalnej zwany "sprechruhre". Czując niedosyt bunkrów postanawiamy pojechać do Gierłoży by zwiedzić Wilczy Szaniec. Po wspólnych przygodach rozstajemy się i część załóg odjeżdża w kierunku Węgorzewa, my zaś z Agatą i Plackiem wracamy do Lipowa, aby w poniedziałek od rana doglądać naprawy Suzuki.
Tymczasem wyprawa dociera do miejscowości Mokre, gdzie po spokojnej nocy na polu biwakowym dla odmiany zwiedza duży kompleks bunkrów w Mamerkach.

Poniedziałek, 29 lipca, Lipowo
Niestety sprawdza się najczarniejszy scenariusz - Suzuka musi zostać w warsztacie - czeka ją remont silnika... Pakujemy się z Agatą, Plackiem i Tukanem do UAZa Marcina i ruszamy na spotkanie z resztą załóg.
Dziś jesteśmy o jedną załogę silniejsi! Przez telefon dowiadujemy się, że do reszty grupy dojechał Uazem Marek z synem Piotrkiem. My jedziemy przez Kętrzyn, potem w kierunku Srokowa, co jakiś czas próbując skontaktować się z wyprawą przez CB-radio. Wreszcie uzyskujemy łączność - są w rejonie śluzy Guja! Spotykamy się na cypelku między dwoma jeziorami w Guji. Po rozpakowaniu się ruszamy w stronę Leśniewa, gdzie oglądamy nieczynną, zbudowaną w 80 procentach śluzę. Dojeżdżając do niej przez las natrafiamy na odrobinę błota, co stanowi przyjemną odmianę po jeździe zakurzonymi drogami. W ruch idą dźwignie - 4X4, reduktor... chociaż tak naprawdę to błoto jest do przejechania na jednym napędzie... Ale cóż, na następne będziemy musieli czekać kilka dni. Ciągłą obecność kurzu trzeba odreagować! Karol jako pierwszy postanowił przejechać przez przesmyk jeziora na sąsiedni cypel, z czym jego Suzuka poradziła sobie bez problemów. Adrian (Cherokee), Jacek (Disco) i Marek (Gaz) poszli jego śladem, przy czym łodzie wiosłowe musiały mieć się na baczności.
Warto zaznaczyć, ze nocleg w tak cudownym, odludnym zakątku zawdzięczamy awarii Mitshubishi Piotra, który po drodze stracił resor. Na szczęście w pobliskim mieście znalazł się kowal, który wyklepał usterkę. Ale to nie koniec weryfikacji samochodów...
Wieczorem ognisko i śpiewy do rana :):):)

Wtorek, 30 lipca, Guja
Zbieramy się w miarę sprawnie i wcześnie ruszamy w stronę Węgorzewa. Tu tankujemy, uzupełniamy zapasy żywności i wody oraz naprawiamy u zaprzyjaźnionego już kowala zerwany wydech w UAZie Marcina. Można jechać dalej. Kierunek: Gołdap. Po drodze zwiedzamy grobowiec w kształcie piramidy w Rapie, Marcin odczytuje wszystkim opis zabytku przez megafon, co wzbudza zainteresowanie wśród innych zwiedzających. Dają się zauważyć pierwsze objawy choroby kurzowej - mamy do wyboru jazdę szosą lub skrót polnymi drogami - wybieramy jednak asfalt... W Mażuciach zjeżdżamy jednak z czarnego, a jako drogę wykorzystujemy teraz nasyp starej linii kolejowej między kopalniami torfu. Bystre oko może podziwiać tu różne ciekawe pojazdy, takie jak ciągnik z podwójnymi kołami oraz przyczepy na gąsienicach. Krótki postój w Gołdapi i głodni docieramy do Puszczy Rominckiej, gdzie dostępu do jeziora bronią surowe zakazy ruchu. Jemy obiad na sucho i wyruszamy dalej. Docieramy do Stańczyków. Wśród silnych grzmotów zapowiadających burzę wspinamy się na wiadukty. Niestety, burza przeszła bokiem, a może w ogóle nigdzie nie padało... Podczas długich poszukiwań pola biwakowego, utrudnionych faktem, ze większość miejsc nad jeziorami jest oznaczonych jako "teren prywatny", ujawniają się pierwsze głupawki wywołane kurzem!!! Jacek wychyla się przez okno swojego Disco, Darek posuwa się dalej, jadąc w kole zapasowym ;-)) zamontowanym na dachu Jeepa. Wracamy do Stańczyków, gdzie rozbijamy namioty na plaży.

Środa, 31 lipca, Stańczyki
Głupawki dnia poprzedniego przemieniają się dzisiaj w bardzo sympatyczne gry i zabawy w jeziorze. Mamy badmintona oraz mecz rugby. Drużyny stosują różną taktykę: Karol robi zamieszanie, Darek sieje postrach swoją posturą, a Jacek potrafi przepchnąć piłkę do bramki razem z pięcioma uczepionymi jej zawodnikami... Rany poniesione w trakcie meczu goją się do dziś - są zdarte kolana, obite zęby, dwa podtopienia (i to solidne), a Darek nawet nauczył się pływać stylem Titanica - osiadając na dnie ;-) Było przednie. Ze Stańczyków jedziemy do Przerośli. Tu krótki postój przy sklepie. W drodze do Hańczy odwiedzamy Galerię Wiejską państwa Mackiewiczów w Przełomce. Galeria okazuje się niezwykłym miejscem, a pierwszym eksponatem, który wszyscy pędzą obejrzeć, jest piękny Land Rover innych gości... Wpisujemy się do księgi pamiątkowej, robimy sobie kilka zdjęć, a gospodyni zapewnia, że będzie opowiadać o nas historie kolejnym przybyszom...;-)
Znad Hańczy, w kurzu, dojeżdżamy do Suwałk. Na stacji benzynowej czyszczenie filtrów powietrza przy pomocy kompresora oraz obiad w Mc'Donaldzie. Porażka nad Wigrami - długo nie możemy znaleźć noclegu, ale mamy duże wymagania. Nie chcemy nocować nad jeziorem, gdzie dno jest usłane cegłami i puszkami oraz resztkami zdechłych ryb... Fafik oczywiście zażywa rybnej kąpieli, którą załoga Jeepa, w którym podróżuje, będzie długo wspominać. W końcu znajdujemy przytulne miejsce nad jeziorem, jest pomost, miejsce na ognisko - przyjemna odmiana po perspektywie kąpieli w "zupie rybnej".

Czwartek, 1 sierpnia, Sumowo
Dziś na tapecie mamy śluzy Kanału Augustowskiego. Pierwsza w Mikaszówce, gdzie oglądamy śluzowanie kajaków, a potem "wodujemy" się nawzajem ;-) tj. Darek z Markiem wodują Lucynę. Następnie jedziemy na nieczynną śluzę Kurzyniec, która leży na granicy Polski z Białorusią. Dalej jest gorąco i jest kurz. Zbliża się pora obiadowa, więc czym prędzej szukamy miejsca na posiłek. Znajdujemy przytulny zakątek nad rzeczką, lecz po dwukrotnym sforsowaniu brodu przez naszą kolumnę rezygnujemy z tego miejsca, aby znaleźć coś mniej rozjeżdżonego ... W innym miejscu, nad tą samą rzeką pokusie jej pokonania ulega tylko Karol. Płaci za to poharatanym przez drut kolczasty podwoziem, ręcznego nie ma do dziś. Robi sie późno i trzeba poszukać noclegu. Prowadzenie obejmuje załoga Adriana, która prowadzi nas w kierunku Sokółki, a następnie ku dawnym wyrobiskom piasku w Kundzinie. Ogarnięci amokiem, nie zważając na uroki wymarzonej wody, upalamy aż do zmroku po rozległych piaszczystych polach. Po zmroku również, choć spokojniej, za to bardzo widowiskowo dzięki licznym halogenom, jeżdżą Jeep i Gaz.

Piątek, 2 sierpnia, Kundzin

Rano powstaje plan zdobycia wysokiej, stromej i ma się rozumieć piaszczystej góry! Jako rozgrzewkę (do 130 stopni...) stosujemy wyścig równoległy tam i z powrotem. Nie ma wielkiego znaczenia kto wygrywa, zabawa jest świetna, ale z kronikarskiego obowiązku trzeba napisać, że Suzuka 1,6 jest bardzo trudnym przeciwnikiem... Góra natomiast okazuje się być niezdobytą, nawet przez objechanie jej od tyłu niby-drogą, która w założeniach istniała, jednak w rzeczywistości trudno ją dostrzec. Po powrocie, zwyciężeni przez naturę, możemy jednak wykazać się w naturze ludzkiej. Trzeba wykopać z piachu osobówkę pewnego plażowicza. Oczy nieszczęsnego kierowcy robią się coraz większe, gdy na pomoc podjeżdża kolejno siedem terenówek. Facet szybko dowiaduje się gdzie ma hak (i do czego on się nadaje ;-), co to jest taśma, szekla... Podczepiamy Disco ... i zarabiamy dwa piwa :-)
Niestety po upalaniu w Kundzinie Jeep Adriana ma dwa rodzaje biegu wstecznego - albo Darek wychodzi z auta i pcha je do tyłu, albo kładzie się pod samochodem i trzonkiem od siekiery naciąga skrzynie biegów, aby wsteczny mógł wskoczyć...
Dzisiejszy dzień obfituje w przygody. Kolejną jest zwiedzanie meczetu w Bochonikach. Główną atrakcję stanowi tu gospodyni zabytku, która barwnie opowiada nam o cenach noclegu i obiadu u jej synowej, która mieszka na końcu wsi, oraz, w drugiej kolejności, o historii Islamu. Nieopodal wsi znajduje się cmentarz. Dalej po drodze oglądamy dwie cerkwie, niestety budynki stoją zamknięte na cztery spusty. Pierwszy raz podczas naszej wyprawy musimy włączyć wycieraczki - pada przez pięć minut... W końcu się nie kurzy! Namioty rozbijamy w lesie, na parkingu. Pierwszy biwak bez jeziora - okazuje się, że tak też się da ;-)

Sobota, 3 sierpnia, Żylicze

Dzień rozpoczynamy od zwiedzania zrujnowanego majątku w Żyliczach. Widać ślady opieki nad tym miejscem, podobno ktoś je wykupił i będzie odbudowywał. Szkoda by było, żeby taki zabytek uległ zupełnemu zniszczeniu. W Kruszynianach oglądamy kolejny meczet. Ten okazuje się o wiele skromniejszym od poprzedniego, szczególnie część żeńska, gdzie nie ma już żadnych ozdób. Ten budynek jest mniej zadbany i o wiele biedniejszy, ale to właśnie ta uboga świątynia robi na wielu duże wrażenie.
Ruszamy dalej aby zwiedzić stary młyn, niestety niewiele się z niego zachowało. Zupełnie zrujnowany, zarośnięty bujnymi chaszczami, niewidoczny z trasy, choć stoi przy samej drodze - wzruszający obraz przemijania niejednego zmusza do refleksji.
Dalej obieramy kierunek na Ozierany, gdzie spodziewamy się obejrzeć opuszczone, "wymarłe" wioski. Robią na nas duże wrażenie - faktycznie wiele gospodarstw jest opuszczonych, natomiast te zamieszkane są na ogół zadbane i schludne. Poruszając się wzdłuż granicy docieramy do Bobrowników, gdzie ciekawy widok stanowi wielokilometrowa kolejka samochodów oczekujących na przejściu granicznym. Zatrzymujemy się na stacji paliw aby naprawić Gazika Marka (uszkodzenie jest b. poważne - brak gazu :-0) oraz pożegnać drugiego Marka, który opuszcza swoim Uazem naszą wyprawę.
Kolejnym obiektem, który należy zobaczyć będąc w tych stronach jest nieczynne kolejowe przejście graniczne oraz stare rampy przeładunkowe na stacji Zubki Białostockie. Tu urządzamy piknik! Nadszedł czas pożegnań - na stacji paliw w Waliłach opuszczają nas załogi Marka i Adriana. Witamy się za to z dwiema nowymi załogami z Białegostoku. Jedziemy z nimi do opuszczonj leśniczówki, ale stopniowo narasta w nas myśl, żeby już dziś wracać do domu. Samochody są zabetonowane pyłem, niedziela to i tak za mało, żeby je doczyścić. Żegnamy się z Białostockim towarzystwem i wymieniając ostatnie pożegnania przez CB radio rozjeżdżamy się do domów...

Dziękujemy wszystkim za wspaniałe chwile, wspólne niezapomniane przygody w drodze do niezdobytej jeszcze Białowieży. Trzymajcie się. Do następnego razu. Pati i Marcin

spotkanie powyprawowe


Podczas wyprawy piliśmy wodę mineralną Krynka ;-)

Powrót