Udział wzięli:

  • Nissan Pick-Up: Artur, Baśka, Agata i Michał
  • Land Rover Discovery: Jacek, Lucyna, Ola i Krystian
  • Land Rover Defender 90: Rafał i Krystyna
  • UAZ zielony: Marcin i Patrycja
  • Land Rover SIII: Janusz i Magda, potem sam Janusz :-(
  • Hyundai Galloper: Piotr
  • UAZ niebieski: Adam




  • Dla mnie i dla Patrycji wyprawa w Beskid Niski zaczyna się już w piątek. Rano odbieram UAZa z warsztatu, gdzie wymieniane były przednie cylinderki hamulcowe, następnie szybki przegląd, mycie i sprzątanie oraz zapakowanie wszystkich bagaży. Około 15 ruszamy z Mazur w kierunku Warszawy - silnik gra równiutko, UAZ sprawnie połyka kolejne kilometry. Gdy zapada zmierzch wychodzi na jaw pierwsza usterka - ładowanie niby jest, ale jakieś takie niepewne... Już pod domem w Warszawie wymieniam szczotki w alternatorze - to samo... Pozostaje regulator napięcia, prostownik, albo pasek klinowy... Jako, że najłatwiej go w sobotę będzie kupić, dla świętego spokoju uznaję, że to ten ostatni jest winien całego zamieszania...

    Sobotni poranek wita nas pięknym słońcem. Ostatnie przygotowania i przed 11 ruszamy na trasę w kierunku Zagórza. Przed nami blisko 400 km - czas przejazdu szacujemy na jakieś 10 godzin. Pierwszy postój w Górze Kalwarii - kupuję pasek, zmieniam, włączam światła, halogeny, dmuchawę - jest OK, ładuje. W tym momencie dzwoni Piotr (Galloper), właśnie rusza z Warszawy - zobaczymy kiedy nas dogoni...
    Mijamy kolejne miejscowości - Kozienice, Zwoleń, Ożarów. Przed Ożarowem niesamowity pejzaż z górującą nad horyzontem cementownią. Przed Sandomierzem stajemy na stacji, aby zatankować gaz, za chwilę dojeżdża Piotr. Resztę trasy pokonamy już razem.
    Mijamy Sandomierz. Z atlasu wynika, że powinniśmy teraz kierować się na Stalową Wolę i Nisko, ale my dostrzegamy jakieś dróżki rysowane cienką kreską i postanawiamy zjechać z czarnego. Bocznymi drogami, lasem, dawnym poligonem, trochę błądząc podążamy w kierunku szosy na Rzeszów. Po drodze zatrzymujemy się w lesie na obiad. Wyciągamy butlę, zalewamy pierwszą zupkę - jej smak będzie nam towarzyszyć przez najbliższe dni. Skrót się kończy - wyjeżdżamy na szosę. Mijamy Rzeszów, Bieszczady już blisko. Do Sanoka docieramy o zmierzchu. Krótki odpoczynek na zamkniętym przejeździe kolejowym i ruszamy w stronę Zagórza. Po drobnych problemach nawigacyjnych docieramy do naszej dzisiejszej bazy w Łukowem. Jest już tu Artur (Nissan) i Janusz (LR SIII). Rozbijamy namiot, za chwilę dociera Jacek (LR Discovery). Na dziś to już komplet - Adam (UAZ) oraz Rafał (LR Defender) dotrą jutro.

    W niedzielny poranek ruszamy szosą na Kalnicę, a następnie szutrówką na Baligród. Potem znów kawałek szosą - mijamy wiele obiecujący znak "Konieczność pokonania brodu - 3 szt." i odbijamy w drogę gruntową w kierunku Łopienki. Mijamy piece do wypalania węgla, za chwilę droga rozwidla się. My wybieramy gliniastą drogę zrywkową, nie zastanawiając się nawet dokąd nas ona doprowadzi... Wszyscy jesteśmy spragnieni terenu - i dostajemy go! Jest pierwsza strata - od tej pory grill Nissana będzie podróżował na pace, pierwsza akcja z hi-liftem - LR Janusza zawisa na pieńku. Droga wije się zakosami w górę, wreszcie kończy się na szczycie. Stoi tutaj też jej twórca - czerwony ciągnik na gąsienicach...
    Zawracamy, jazda w dół idzie zdecydowanie szybciej. Na rozwidleniu wybieramy tym razem właściwą drogę, po kilku minutach docieramy do kapliczki. Spora dawka adrenaliny podczas zjazdu z ogromną koleiną między kołami nie pozwala podziwiać pięknego widoku, jaki się przed nami otwiera po wyjeździe z lasu. Wjeżdżamy na szlak turystyczny i starając się nie łamać zbyt wielu zakazów wjazdu kierujemy się w stronę Terki. Stąd powrót w stronę Baligrodu, tym razem znajdujemy te trzy obiecane brody, z których pokonaniem nie ma problemów jadące przed nami Tico - cóż, susza...
    Zbaczamy z twardej drogi, aby zjeść obiad, nawiązujemy kontakt z Rafałem, który też dotarł już w rejon Bieszczad i podejmujemy decyzję o próbie wjazdu na Chryszczatą. Długo szukamy właściwych szlaków, w końcu postanawiamy uwierzyć miejscowemu z rewolwerem pod pachą, który twierdzi, że tam się nie da wjechać. Docieramy do Komańczy i znajdujemy pole biwakowe. Za chwilę dociera Rafał z Krystyną - nie mogliśmy się spotkać w okolicach Chryszczatej - atakowaliśmy górę od różnych stron. Przez radio słychać już też Adama, który jest kilka kilometrów od naszej bazy. Adam wyjechał z Olsztyna z opóźnieniem, bo w nocy próbował naprawić alternator. Jechał cały dzień, ale najważniejsze, że na wieczór cała ekipa jest w komplecie!
    W poniedziałek postanawiamy wypróbować trasę wskazaną nam poprzedniego dnia przez wąsatego GOPRowca - ma nas ona zaprowadzić na górną stację wyciągu narciarskiego w Karlikowie. Jedziemy zgodnie z mapą, niby wszystko się zgadza, ale obiecanych dróg nie ma... Napotkany pszczelarz oznajmia nam, że droga to może i kiedyś była, ale teraz to jak chcemy jechać, to tylko na przełaj - i wskazuje nam kierunek. Za chwilę kolumna siedmiu samochodów posuwa się w żółwim tempie przez wysokie trawy. W pewnym momencie znajdujemy zarys kolein - może to tędy jechali GOPRowcy? Ślad wiedzie w górę, widok dookoła zapiera dech w piersiach, za chwilę dostrzegamy też podpory wyciągu. Krótki przejazd przez las i postój na górnej stacji. Zjeżdżamy stokiem narciarskim.


    Z Karlikowa kierujemy się w kierunku góry Tokarnia szlakiem turystycznym. Krótki postój pod szczytem przy stacji przekaźnikowej i jedziemy dalej, zdobywając kolejne wierzchołki.
    Po znalezieniu odpowiedniego zjazdu kierujemy się na południowy zachód, w kierunku Wisłoka. Nad rzeką stajemy na obiad, a następnie jej korytem jedziemy w kierunku Polan Surowicznych. Tu oglądamy pozostałości dzwonnicy, rozmawaimy też z ekipą restaurujacą cmentarz.
    Po opuszczeniu Polan Surowicznych postanawiamy udać sie w rejon góry Kamień, gdzie na mapie zaznaczone są dwa stare kamieniołomy. Może gdzieś tam będzie dogodne miejsce na nocleg..? Po pewnym czasie błądzenia wąskimi leśnymi dróżkami odpuszczamy i wracamy w rejon Wisłoka - tu przy brodzie postanawiamy rozbić się na nocleg.


    Poranek nad rzeką nastraja więkoszość osób do kąpieli. Pojedynczo wymykają się z obozu do jakiegoś tajnego miejsca za zakrętem rzeki, gdzie podobno można się całkowicie zanurzyć. Wracają następnie sztywnym krokiem i dopiero po pewnym czasie wraca im czucie w zmrożonych kończynach. My wyciągamy z UAZa naszą wunderwaffe na takie okoliczności - czyli 12 voltowy prysznic. Kulturalnie myjemy się w podgrzanej wodzie i jesteśmy gotowi ruszyć na trasę.
    Przejeżdżający przez bród rowerzysta mówi, że dalej w lesie jest błoto i koleiny - jedziemy to sprawdzić! Rzeczywiście - skąd tu się wzięło tyle wody? Gdy błoto się kończy zjeżdżamy w koryto Wisłoka i dalej jedziemy rzeką. Duże wrażenie robią wysokie, prawie pionowe urwiska na brzegach.
    Na wysokości Puław opuszczamy koryto Wisłoka i wjeżdżamy drogą w las. Droga raz idzie górą, raz dnem potoku. Teren robi się coraz bardziej skalisty, musimy usuwać zwalone drzewa. Wreszcie przed jednym z progów skalnych postanawiamy udać się na pieszy rekonesans - według mapy od potoku powinna odbijać w górę droga. I faktycznie - odbija... Najpierw stromo w górę z głębokimi koleinami, potem zakręt (trzeba przeskoczyć przez koleiny), kawałek prosto (dla odmiany głębokie koleiny) i na końcu zwalone w poprzek dwa drzewa. Za nimi droga zanika. Mimo wszystko postanawiamy dojechać tu samochodami. Pokonujemy kilka progów skalnych, koleiny wypełniamy pniami drzew, trochę pchając a trochę dociążając gdzie trzeba, przejeżdżamy. W teren idą dwie grupy zwiadowcze - szukają przejazdu. Sprawa wygląda dosyć beznadziejnie - trzeba się przebić przez las, nigdzie nie ma zarysu drogi, w dodatku jest cały czas pod górę. Na dole, przy samochodach w ruch idą siekiery - trzeba usunąć leżące drzewa. Wreszcie z góry, porzez radio, dociera wiadomość - jest droga, jest szansa przebicia się do niej. Na stoku staje kilka osób, aby pokazywać drogę lawirującym między drzewami samochodom. Pierwszy jedzie Rafał - jako jedyny ma wyciągarkę - w razie czego ma największą szansę utorować nam drogę. Wjechał o własnych siłach. Jedynka, reduktor - między drzewami ciasno, ale po chwili UAZ jest na górze. Po chwili są wszyscy. Ruszamy dalej. Stok wypłaszcza się - droga już prawie "lajtowa", ale UAZ się jakoś dziwnie zachowuje. Nagle jakaś siła wyrywa mi kierownicę z ręki a z pod podwozia zaczynają dobiegać niepokojące odgłosy. Diagnoza jest niewesoła - straciłem przegub w przednim moście... Kierownica jest zablokowana, koła skręcone lekko w prawo... Wypinam sprzęgiełka, jeżdżąc naprzód i cofając udaje mi się odblokować kierownicę ... do następnego zakrętu. W ten sposób pokonanie kiluset metrów zajmuje dobre kilkanaście minut. Na szczęście w dół schodzi prosta droga do asfaltu. Na czarnym podnosimy samochód - chrupie w lewym kole. Bogatszy o tę jakże cenną wiedzę zastanawiam się co robić - nic mądrego się nie wymyśli, trzeba wyciągać półoś z przegubem. W tym czasie Jacek odnajduje Bazę Studencką w odległości około kilometra - postanawiamy tam przenocować i zreanimować UAZa. Ten kilometr to jedna z bardziej ekstremalnych tras w moim życiu - na zablokowanej kierownicy, kosząc przydrożne krzaki i drzewa, naprowadzając auto hi-liftem na właściwy tor dotransportowujemy UAZa do bazy. Tu szybka akcja ekstrakcji ośki zanim się ściemni - na wieczór UAZ ma przywróconą zdolność skrętu za cenę braku przedniego napędu...
    Tymczasem towarzystwo zagrzane do walki dzisiejszą przeprawą zarządza jazdę nocną. Jako, że UAZ okulawiony, wsiadam z Pati do Disco Jacka, zabieramy jeszcze bazowego, który nigdy nie jechał samochodem terenowym, i w las! Postanawiamy zrobić dzisiejszą trasę od drugiej strony - ale to, co w ciągu dnia zabrało nam kilka godzin teraz robimy w kilkanaście minut... No ale tam gdzie trzeba drzewa są już pościnane, koleiny wypełnione, droga znaleziona. Jacek stwierdza, że walczymy dalej i wybiera stromą drogę odchodzącą od doliny potoku. Ruszamy pierwsi - na początku źle nie wygląda, potem koleiny coraz głębsze, kamienie łomoczą po podwoziu. W pewnym momencie koła prawej strony zsuwają się w koleinę, lewe podbija jakaś nierówność, ja w szybie bocznej widzę ziemię ... ufff, wyszedł, nie przewrócił się. Przemy na górę - tu już nie da się zatrzymać i obejrzeć terenu. Dojeżdżamy do rozwidlenia - koleiny przecinaja nasz szlak. Tu zatrzymujemy się. W grupie, która została na dole nie ma chętnych do ataku na tę drogę. Są za to ręce do pracy, aby obrócić Dyskotekę, która musi teraz wybrnąć z głębokich kolein. Łopata, hi-lift, kamienie, uschnięte drzewa - błyskające latarki i otaczająca nas ciemność potęgują grozę sytuacji. W końcu Jacek uznaje, że dosyć przygotowywania drogi - że da radę zjechać. Znów łomot kamieni - i jest na dole. Chyba nie bardzo wierzy, że jedynym uszkodzeniem samochodu jest przewód hamulcowy wyrwany z mocowań...


    Środę postanawiamy uczynić dniem lajtowym. Polnymi drogami przebijamy się w kierunku Dukli. W okolicach Dukli każdy ma własny pomysł na dojazd do tego miasta - asfaltem, szlakiem, górami - grunt, że spotykamy się na rynku. Zajmujemy strategiczne miejsce w kawiarni "Ratuszowej" i zajmujemy się logistyką. Tankowanie, wulkanizator... Ja z Patrycją udaję się na poszukiwanie półośki. I nawet nie jestem rozczarowany, że facet, który "ma, panie, UAZa i całą furę części", jak mi powiedziano w sklepie motoryzacyjnym, tak naprawdę ma ARO... Wiem, że nie jest łatwo znaleźć akurat to, czego się potrzebuje. Trafiamy do strażaków w Iwli - pucują UAZa 452 na przejazd świętego obrazu. Opony smarują czarną pastą do butów... Widać, że nasze zainteresowanie samochodem sprawia im przyjemność. Nawet gdzieś próbują dzwonić w sprawie półośki, ale bez jakichś zauważalnych rezultatów. Wracamy więc do towarzystwa na rynku i przstępujemy do konsumpcji lodów i pierogów...
    Tymczasem pada propozycja urządzenia "babskiego dnia" - i w ten sposób Lucyna siada za kierownicą Disco, Baśka Nissana, a Pati Land Rovera (no bo kto by chciał jeździć UAZem bez napędu ;-). Asfaltem ruszamy w stronę granicy, w okolicach Tylawy odbijamy na zachód. Kierujemy się ku Hutom Polańskim, gdzie podobno jest przyjemne schronisko. Malownicze szutrówki prowadzą nas do celu, który przerasta jednak nasze oczekiwania... Miał być jakiś skromny baraczek, a jest spory pensjonat. Obietnica gorącego prysznica kusi nas jednak na tyle, że zostajemy na polu namiotowym. I prysznic faktycznie jest!


    W czwartek za cel stawiamy sobie zdobycie Rotundy. Szutrówkami i asfaltem próbujemy się wydostać z Magurskiego Parku Narodowego. W okolicach Radocyny dogania nas leśniczy Nivką. Na szczęście jesteśmy na drodze publicznej. Leśnik sam nie bardzo wie, co wolno, czego nie wolno - w końcu pokazuje nam jednak którą drogą najlepiej jechać na zachód. Równocześnie okazuje się, że w Nissanie pękł resor. Stwierdzamy, że trzeba to szybko naprawić, bo pióro główne niebezpiecznie się wygina. Trafiamy do Zdyni. Tu w sklepie wskazują nam dom, gdzie mieszka ktoś, kto mógłby się tym zająć. Trafiamy na czyste podwórko, za chwilę okazuje się, że jest dobrze wyposażony garaż, kanał, znajduje się też pióro podobne do pękniętego. Uczynny mechanik podejmuje się ekspresowej naprawy i po niespełna dwóch godzinach Nissan jest znów gotów do drogi. My przez ten czas jemy obiad.
    Ruszamy na Rotundę. UAZ bez napędu na przód dzielnie drapie się pod górę, za chwilę zdobywamy szczyt. Chwila zadumy na cmentarzu i ruszamy w dół. Tu jednak pojawia się problem - wychodzi na to, że najdogodniejszy dla nas kierunek ma szlak pieszy... Grupa rekonesansowa idzie naprzód, badając teren - nie jest dobrze. Po drodze jest długi, stromy zjazd, potem ciasno między drzewami. Ale nic, ruszamy. Hyundai Piotrka wyskakuje na jakimś korzeniu, zsuwa się kawałek, uderza w drzewo, gnie zderzak i błotnik, tłucze kierunkowskaz. Jacek zgina rynienkę w Dyskotece. Ramkę przedniej szyby w UAZie też trzeba trochę podprostować siekierką... Ale nic, najważniejsze, że jesteśmy na dole!
    Jest już późno - szukamy jakiegoś miejsca na kwaterę. U stóp Rotundy w bazie studenckiej patrzą na nas dziwnym wzrokiem - pewnie nieczęsto widzą samochody nadjeżdżające od tej strony... Jedziemy do kolejnej bazy, gdzie nie pozwalają nam wjechać samochodami. Rozbijamy się więc na łące nad strumieniem w okolicach Ropek.


    W piątkowy poranek Adam postanawia pojechać do Gorlic na szrot po alternator. Stary już zupełnie odmówił posłuszeństwa. Adam dostaje błogosławieństwo na drogę, a my pod wodzą Janusza jedziemy na atrakcyjną widokowo pętelkę wokół Uścia Gorlickiego. Z początku trasa jest lajtowa, do momentu jednak gdy drogę przecina strumień, a mostu brak... Tzn. kiedyś był, ale go powódź zabrała. Trzeba to jakoś objechać. W las wiodą błotniste koleiny. Janusz rusza na pierwszy ogień. Dość szybko jednak błoto go zatrzymuje. Trochę walki z hi-liftem, trochę drzew w koleinę i jazda! Przejechał, tylko zderzak mu się urwał...
    Kończymy pętelkę, przez Uście jedziemy do Hańczowej. Tu przy cerkiewce jemy obiad, czekając na Adama. Już słychać go przez radio, już mówi, że widzi cerkiewkę, ale nagle grobowym głosem stwierdza, że nie dojedzie. Choć Adam jest już blisko łączność radiowa się rwie, więc szybko wsiadamy w Land Rovera i ruszamy z misją ratunkową. Adam stoi w odległości kilkuset metrów, ale UAZ nie jest w stanie poruszać się - coś chrupie w napędzie, samochód szarpie, koła się blokują. Diagnoza jest smutna - tylny most. Samochód stoi na zakręcie, trzeba go szybko stąd zabrać. Szybkie usunięcie półosiek i na sznurku ściągamy Adama z szosy. Następnie wykręcamy wał napędowy - i już UAZ jest w stanie samodzielnie jeździć. Bez tylnego napędu, dla odmiany.
    Jako, że dwa UAZy są niepełnosprawne terenowo, rozdzielamy się. My i Adam jedziemy szutrówkami w kierunku Izb, aby znaleźć miejsce na biwak, reszta przebija się górami. Między Hańczową a Śnietnicą bierzemy autostopowiczów - nie obawiają się wsiąść do zakurzonego UAZa - to dla nich jedyna szansa uniknięcia kilkukilometrowego marszu. W Izbach miejsca na nocleg nie ma, ruszamy w kierunku Bielicznej. Jest tu śliczna cerkiewka, a przy niej pole biwakowe. Za chwilę dojeżdża tutaj reszta ekipy. Miejsce podoba im się, zostajemy.
    Nawet na krańcach cywilizacji człowiek nie może od niej uciec... Poprzedniego dnia sprawdzaliśmy na palmtopie internetową prognozę pogody i wyszło nam, że dzisiejszej nocy będzie padać. Postanawiamy solidnie rozbić namioty, bierzemy się do roboty, ale burza nadchodzi w ciągu kilku minut. Ci, którzy nie zdążyli narzucić tropików wylewają potem z namiotów litry wody. Po burzy przejaśnia się.
    Janusz rzuca pomysł, aby Patrycja wsiadła w LRa i podjechała do niezbyt odległego Starego Sącza po Magdę. Postanawiamy jechać razem, ale po kilkunastu kilometrach zrywa się straszna ulewa. Wycieraczki bezradnie omiatają szybę, w mdłych światłach nic nie widać. Janusz dzwoni, żebyśmy zawracali, taka jest też decyzja Magdy. W sumie nie dziwimy się jej, że nie chce opuszczać ciepłego domu na rzecz targanego przez nawałnicę namiotu. Po powrocie do obozu dowiadujemy się, że pod naszą nieobecność o mało nie spłonął (rozpalanie ogniska 10 litrowym kanistrem z benzyną) a towarzystwo o mało nie zaczadziało (smażenie kiełbasy w namiocie). Cóż, każdy ma swoje sposoby na przetrwanie burzy ;-)))


    Sobota wita nas dobrą pogodą. Chcemy dziś dotrzeć w rejon Starego Sącza, aby odwiedzić Magdę. Adam podejmuje decyzję, że dziś wraca do Olsztyna - droga długa i chce mieć rezerwę czasową. Dla nas oznacza to też powrót - będziemy Adama eskortować chociaż do Warszawy.
    Jedziemy asfaltem - mijamy Krynicę i kierujemy się na Nowy Sącz. Adam raportuje przez radio, że huczy jakieś łożysko w napędzie. Przesiadam się na chwilę do niego - faktycznie, gwizd jest niepokojący.
    Krótki postój na rynku w Starym Sączu i zajeżdżamy do domu do Janusza, gdzie Magda czeka na nas z grillem. Piękny widok na góry, błogi widok suto zasawionego stołu... Bierzemy się jednak za UAZa. Oględziny wykazują, że w skrzyni biegów nie ma wcale oleju, winna temu jest zerwana szpilka mocująca skrzynię i reduktor. Nie da się z tym nic zrobić - nakręcamy nakrętkę na pakuły i dolewamy za dużo oleju. Ze skrzyni cieknie jednak jak z kranu...
    Ruszamy więc jak najszybciej na trasę. Szybko zapada zmierzch. UAZy dzielnie połykają kolejne kilometry. Zatrzymujemy się tylko na tankowania, w okolicach Tarnowa nawiązujemy jeszcze łączność radiową z resztą wyprawy. Są na Przehybie. Przed Warszawą robimy szybki przegląd UAZa Adama. Jest szansa, że do Olsztyna dojedzie, choć łożysko cały czas wyje. W Warszawie żegnamy się ok. 3:30 - Adam rusza w dalszą drogę, my zjeżdżamy do domu. Nawet nie rozpakowujemy samochodu, tylko od razu idziemy spać.


    Galeria Artura